Relacja z podróży

Dzień 1. (28.05.2012)

Marki-Warszawa-Grójec-Gowarczów . 

Dystans 152 km

 

Pogoda wymarzona. Moim naładowanym jak TIR rowerem wyruszyłem zgodnie z planem z Marek, o godzinie 6:00

40 minut później byłem już na Dworcu Wschodnim w Warszawie,gdzie spotkałem się z drugim uczestnikiem wyprawy – Dominikiem.

Po chwili zapoznawczej rozmowy ruszyliśmy i utrzymując dość szybkie tempo przejechaliśmy przez Warszawę.

5 km za Jankami Dominik miał pierwszy sprawdzian z umiejętności naprawy roweru, który jak się później okazało zdał na piątkę…

W jego tylnim kole pękły trzy szprychy. Czas naprawy łącznie z demontażem i późniejszym montażem kasety, wyniósł jedynie pół godziny ...

Dalej ,tuż za Grójcem ,wśród sadów i pól znaleźliśmy serwis rowerowy,gdzie prawie za darmo usunęliśmy ostatnie usterki w naszych rowerach…

Nocleg znaleźliśmy około 10 km przed miastem Końskie w Gowarczowie , a namioty mogliśmy rozstawić na posesji u gospodarzy , którzy uraczyli nas kolacją  i ciepłą wodą do mycia.


Dzień 2. (29.05.2012)

Gowarczów- Końskie- Jędrzejów – Miechów – Kraków .

Dystans 180 km (rekordowy dzienny dystans wyprawy)

 

 

Celem tego dnia było dojechanie do Krakowa.

Wyjechaliśmy  o godzinie 7:00 i po przejechaniu przez Końskie wkroczyliśmy  w Góry Świętokrzyskie.

Ukształtowanie terenu sprawiło, że z ostatnimi siłami, tuż przed zmrokiem przywitaliśmy Kraków.

Chwilę później w umówionym miejscu czekał na nas Darek–trzeci uczestnik wyprawy , u którego mieliśmy  zapewniony nocleg, kąpiel i pyszną kolację…

Za super gościnę dziękujemy żonie Darka – Kasi.

W godzinach późno wieczornych odwiedziliśmy zaprzyjaźniony serwis rowerowy , gdzie koledzy Darka dokonali jeszcze ostatnich poprawek w naszych pojazdach…

Dzień 3. (30.05.2012)

Kraków-Cieszyn . 

Dystans 132 km

 

Po wieczorno nocnej integracji przy piwku wstaliśmy około 8:00.

Godzinę później przyjechał do nas czwarty uczestnik wyprawy– Szymon

W pełnym już składzie wystartowaliśmy o 10:00 , robiąc krótką objazdówkę  po Krakowie…

Dalsza trasa , mimo ,ze w terenie górskim- była stosunkowo łatwa …

Mimo czołowego wiatru (jak się potem okazało był to stały towarzysz naszej drogi) sprawnie dojechaliśmy do Cieszyna ,gdzie rozbiliśmy namioty u miłych gospodarzy w sadzie…


Dzień 4. (31.05.2012)

Polska- Czechy. (Cieszyn- Frydek Mistek – Frenstat-Bystrice- Holesov)  . 

Dystans 123km

 

Z Cieszyna wyjechaliśmy o 8:30.

Po przekroczeniu granicy i minięciu Czeskiego Cieszyna było już głównie „pod górkę” ,a co za tym idzie –kiedyś musiało być „z górki” …

I było...

Imponujące zjazdy pozwalały rozpędzić się do

 65 km/h.

Takie ukształtowanie terenu utrzymało się do końca etapu.

Niestety  pojawiło się też kilka problemów…

Po godzinie 16:00 pozamykane były wszystkie sklepy spożywcze , co uniemożliwiło nam uzupełnienie zapasów. Dodatkowo w moim rowerze praca przedniego napędu stała się niepokojąca, a w sakwie zepsuł się suwak ( dlatego warto mieć ze sobą kilka agrafek)

Ale były też pozytywne akcenty tego dnia...

Najmłodszy z nas – Szymon ujawnił swój talent do nawigowania ,po czym dostał od nas zaszczytny pseudonim GPS

Wieczorem wjechaliśmy do miasta Holesov , gdzie przy pomocy poznanego rowerzysty znaleźliśmy fajną miejscówkę przy lokalnym barze. Tam też rozbiliśmy namioty i racząc się czeskim jasnym rozmawialiśmy z bywalcami baru o naszej wyprawie, zbliżającym się Euro, oraz o suszy, która od kilku tygodni panowała w tej okolicy…  

Dzień 5.( 01.06.2012)

Czechy-Słowacja (Holesov- Uherske Hradiste- Skalica- Kuty) .

Dystans 110 km

 

Susza owszem…była, ale do wczoraj.

W środku nocy rozszalała się nad nami ulewa, która trwała do rana.

Łatwo sobie wyobrazić poranne kasowanie obozu, zwijanie przemoczonego sprzętu i pakowanie rowerów. 

Ale cóż… nikt nie powiedział , że będzie lekko!

Ruszyliśmy dalej.

Przed godziną ósmą wyjechaliśmy z Holesova i kolejne kilometry zyskiwaliśmy głównie w trybie miejskim pokonując niewielką ilość  podjazdów.

Będąc niedaleko granicy ze Słowacją spontanicznie zmieniliśmy  trasę i odwiedziliśmy również ten kraj.

Pogoda po słowackiej stronie okazała się dla nas nieżyczliwa (podobnie jak mieszkańcy Słowacji) i ze względów bezpieczeństwa postanowiliśmy przenocować w przydrożnym motelu w miejscowości Kuty.

Po takim dniu gorący prysznic i możliwość wysuszenia rzeczy były po prostu bezcenne.

Za to i wszystko inne zapłaciliśmy…gotówką 


Dzień 6. (02.06.2012)

Słowacja- Austria (Kuty-Wiedeń-Sollenau) 

Dystans 137 km

 

Z motelu wyjechaliśmy o 8:00 i utrzymując szybkie tempo  dojechaliśmy do Austrii.

Pierwsze zakupy po przekroczeniu granicy zrobiliśmy w markecie „Billa” gdzie za chleb trzeba było zapłacić równowartość 16 zł.

Niestety tak wysokie ceny utrzymywały się w całej Austrii,co znacznie nadszarpnęło nasz budżet…

Na śniadanie zatrzymaliśmy się 30 km dalej i sukcesywnie walczyliśmy z bardzo silnym wiatrem, który regularnie zdmuchiwał wszystko z naszego stołu…

Tuż po południu ujrzeliśmy białą tabliczkę z napisem Wiedeń.

Wjazd do stolicy Austrii wywołał u nas falę optymizmu oraz zachwytu organizacją miasta , które zwiedziliśmy  dość szczegółowo,zajeżdżając między innymi do słynnej katedry i pałacu Schonbrunn.

 Świadomi rygorystycznie przestrzeganego zakazu nocowania na dziko udowodniliśmy, że 

„Polak potrafi” i rozstawiliśmy namioty w krzakach przy torach w miejscowości Sollenau,

40 km za Wiedniem.


Dzień 7. (03.06.2012)

Austria. (Winerneustadt – Monichkchn- Hartberg – Gleisdorf)) . 

Dystans 114 km  

 

Początek etapu pokonujemy bez większych problemów... Droga jest zaskakująco  łatwa, ale to tylko „cisza przed burzą” .

Po przejechaniu 40 km intuicja podpowiada nam,żeby uzupełnić  zapasy energii obfitym śniadaniem…

Owa energia przydała się kilka minut później,ponieważ wjechaliśmy w ALPY…

Dalsza część dnia to kilkukilometrowe strome podjazdy rozgrzewające nasze mięśnie do czerwoności i bardzo długie,widokowe zjazdy.

Do pełni szczęścia brakuje nam tylko otwartego sklepu spożywczego, ale w Austrii w niedzielę wszystko, poza stacjami benzynowymi jest pozamykane!

Na obiad zatrzymujemy się przy drodze w miejscu wyznaczonym na posiłki, gdzie na swojej nodze dostrzegam pasażera na gapę – KLESZCZA.,którego na szczęście udaje mi się skutecznie,samodzielnie usunąć.


Dzień 8 . (04.06.2012)

Austria-Słowenia. (Gleisdorf – Helligenkreuz- Ehrenaan –Kungota- Maribor- Polskava )

 Dystans 112 km

 

Pobudka o 7:00, wyjazd o 8:00.

Mimo wczesnej pory termometr wskazuje 26 stopni w cieniu.

Na wzgórzu robimy sobie postój na smarowanie napędów i łańcucha. Zapowiada się gorący dzień, więc smarujemy również  odsłonięte części naszego ciała odpowiednimi filtrami…

Chwile naszej nieuwagi podstępnie wykorzystuje silny podmuch wiatru, który zrzuca rower Darka w 10 metrową przepaść…

Zdarzenie wygląda bardzo efektownie i zarazem niepokojąco,ale rower  wychodzi z tego bez większych obrażeń.

W upale pokonujemy kolejne kilometry zbliżając się do Słowenii.

Na dystansie ponad 70 km mijamy większe i mniejsze miasteczka poszukując sklepu spożywczego. Niestety bez efektu. Gdybyśmy chcieli natomiast kupić kosiarkę do trawy lub wpłacić pieniądze na konto, to nie byłoby z tym problemu …Wszechobecne banki i sklepy ogrodnicze z każdą chwilą irytują nas coraz bardziej, bo przecież tam nie uzupełnimy zapasów żywności…

Zmęczeni , głodni i spragnieni dzielimy się resztkami suchego chleba i ostatkami wody.

Po przekroczeniu granicy kierujemy się na Maribor. Tam witają nas intensywne opady deszczu , które skutecznie wybijają nam z głowy zwiedzanie tego miasta…

Poszukiwania noclegu również nie idą najlepiej.

Pod presją zbliżającego się zmroku i padającego deszczu rozważamy jeden z trzech wariantów:

a)      spanie w odrażających ruinach opuszczonego domu

b)      rozstawienie namiotów na przykościelnym małym cmentarzu

c)      zapłata 80 euro za noc w hotelu

Ostatecznie jednak los się do nas uśmiecha i stawia nas przed gospodarzami, którzy widząc przemoczonych i brudnych Polaków podali swoją pomocną dłoń.

Niezwykle gościnni mieszkańcy miasteczka Polskava  udostępnili nam duży garaż z dostępem do łazienki.

Wyraźnie zachwyceni naszą wyprawą przynieśli nam materace,poczęstowali przekąskami i piwem  , a rano przynieśli jeszcze gorące śniadanie do łóżka!


Dzień 9.  (05.06.2012)

Słowenia. (Polskava- Slovenska Bystrica-Celie- Zelodnik/k Ljubljany) 

Dystans 105km 


Nasz plan codziennego wczesnego wstawania pozostał tylko planem , co udowodniliśmy wstając po 9:00. 

Po wieczornej „imprezie urodzinowej” Dominika leniwie wyruszyliśmy w dalszą podróż…

W południe nasze liczniki wskazywały jedynie 20 km i nic nie skazywało na to, że dobijemy do stówki… Dodatkowo mieliśmy przymusową pauzę pod wiatą przystankową i nikogo chyba nie zaskoczy powód…oczywiście był to mocny deszcz…

Jednak pogoda w terenie górskim zmienia się jak w kalejdoskopie i pół godziny później o ciemnych chmurach mówiliśmy już w czasie przeszłym…

Kolejne 60 km nie sprawiły nam większego problemu. Można nawet śmiało powiedzieć, że była to czysta przyjemność, bo droga prowadziła przez piękne Alpejskie doliny...

Na nocleg zatrzymaliśmy się kilka kilometrów przed stolicą Słowenii.

Mimo odczuwalnej bariery językowej starsi państwo pozwolili nam rozstawić namioty w swoim ogrodzie. Rozmowa z nimi (czytaj gra w kalambury) dała nam jeszcze możliwość wzięcia prysznica 

Po zapadnięciu zmroku teren rozświetlały nam dziesiątki małych świetlików… Widok jak z bajki…


Dzień 10. (06.06.2012)
Słowenia-Włochy. (Zelodnik-Ljubljana-Postojna- Trieste)
Dystans 135km

Po błyskawicznej wymianie dętki w kole mojego jednośladu ponownie znaleźliśmy się na drodze, a chwilę później zawitaliśmy do stolicy,gdzie naszą uwagę przyciągnęła piękna starówka. Dalej nasz GPS- Szymon pokierował nas do miasta Postojna , a stąd już tylko 40km do słonecznej Italii.
Pierwszy kontakt z wzrokowy z Adriatykiem nawiązaliśmy na wysokości kilkuset metrów we włoskim mieście Trieste.
Zjeżdżając z zawrotną prędkością w kierunku morza na jednym ze skrzyżowań zrobiliśmy chwilę przerwy. Akurat w tym miejscu i w tym czasie nasze biało czerwone flagi spostrzegł Mario – Włoch,z Dorotką – Polką, którzy przyjęli nas pod swój dach… 
Wieczorem wspólnie wybraliśmy się na kolację do świetnej knajpy serwującej regionalne wyroby i pyszne wino z beczki,   w które zaopatrzyliśmy się jeszcze na wynos, aby kontynuować integrację w domu…
Pomoc Dorotki i Maria była dla nas bezcenna a cała historia wręcz niewiarygodna…

Dzień 11.  (07.06.2012)
Włochy-Słowenia-Chorwacja (Trieste-Rijeka)
Dystans 101 km


Rano zwiedzamy Trieste .  Dalej od samego wyjazdu z miasta droga jest pod górę.
Na trasie do Rijeki wjeżdżamy jeszcze na chwilę do Słowenii i tu zaczyna się nasz koszmar.
Przewyższenia są tak duże ,że zmuszeni jesteśmy zejść z rowerów i pchać je kilka kilometrów do góry.
Z nadzieją,że teren się ustabilizuje przekraczamy granicę Chorwacji.
Istria okazuje się jednak najtrudniejszym etapem naszej wyprawy a ”Wela Ućka” (zdj.obok)na długo pozostanie w naszej pamięci… Górę tą pokonujemy pieszo mijając żywe i rozjechane przez samochody węże.
Nasz trud zostaje wynagrodzony kilkunasto kilometrowym zjazdem aż do centrum Rijeki.
Nocleg znajdujemy w opuszczonej budowie budynku usługowego (prawdopodobnie przyszły hotel) z widokiem na morze i pięknie oświetlone miasto…

Dzień 12. (08.06.2012)
Chorwacja (Rijeka – Povile)
Dystans 64 km


Rijeka jest miastem ogólnie ładnym, ale nie powalającym, dlatego nasz pobyt tam nie był zbyt długi.
Kierując się na południe jechaliśmy bardzo niebezpiecznymi drogami, gdzie brakowało pobocza i barierek ochronnych oddzielających ulicę od kilkudziesięcio metrowych przepaści.
Samochody wyprzedzały nas z na granicy otarcia, a ponieważ trwała właśnie zmiana turnusu ruch był wzmożony.
Przed 15:00 znaleźliśmy malowniczo położone pole campingowe, jednak średnia wieku wynosiła tam 102 lata.
Puszka zimnego „Karlovaćko” wyrównała nam poziom adrenaliny który był podwyższony pokonywaniem tego etapu,a pierwsza kąpiel w krystalicznie czystym, lazurowym morzu Adriatyckim utwierdziła nas w przekonaniu,że nasz wysiłek był opłacalny…

Dzień 13 (09.06.2012)
Chorwacja . (Povile- wyspa Pag-Simuni)
Dystans 104 km

Poziom bezpieczeństwa na drodze jest porównywalny do dnia poprzedniego…
Przejazd na południe Chorwacji drogą wzdłuż wybrzeża można zdecydowanie uznać za sport ekstremalny…
Zapierające  dech w piersiach widoki gór bezpośrednio sąsiadujących z morzem stały się już dla nas nieco nudne, a to skłoniło nas do spontanicznej zmiany trasy i przeprawy promem na wyspę PAG…
Na wyspie tej zastaliśmy zupełnie inny,przypominający pustynny teren. Totalny brak roślinności i skały… tak najprościej można opisać to co tam zobaczyliśmy…
Ślady cywilizacji pojawiły się dopiero kilka kilometrów w głąb wyspy za wzniesieniem,na którym pobiliśmy rekord prędkości czyli 70km/h 
Wieczorem, po zameldowaniu się na campingu w Simuni poszliśmy sprawdzić jak smakuje whisky w nadmorskim barze . Degustacja trwała do zakończenia meczu Euro, po którym wraz z Dominikiem nieświadomie wkręciliśmy się na zamkniętą imprezę i darmowe piwo…

Dzień 14. (10.06.2012)

Chorwacja (wyspa Pag)

Dystans 34 km

 

Główną atrakcją dnia jest zwiedzanie miasta Pag na wyspie otej samej nazwie.

Do godziny 15:00 nasze liczniki zyskały tylko 32 km i jednogłośnie stwierdziliśmy,że tyle wystarczy…

Namioty rozstawiliśmy na campingu w miasteczku Povilja.

Wieczorem szczerze kibicując Chorwatom na meczu Euro zyskaliśmy ich sympatię , co zaowocowało darmową butelką wina od obsługi knajpy, darmową pizzą, koszulkami i czapkami kibica… 

W piłkarskim klimacie śpiewając hymn Dalmacji resetowaliśmy się do późnego wieczora…


Dzień 15. (11.06.2012)
Chorwacja ( Povilja- okolice Zadaru)
Dystans 58 km

Po wieczornej integracji z tubylcami,z delikatnym bólem głowy wiadomego pochodzenia powoli ruszyliśmy dalej.
Na przedmieściach Zadaru znaleźliśmy niedrogi camping i po rozstawieniu naszych „Domków” poszliśmy na kolację do restauracji, gdzie za namową Darka daliśmy się skusić na ośmiornice. Obsługa ponownie nie zawiodła ofiarując nam darmowe przystawki i poczęstunek słynną Rakiją.

Dzień 16. (12.06.2012)

Chorwacja (Zadar-Vodice)

Dystans : 95 km.

 

Wcześnie rano wjeżdżamy do Zadaru, zwiedzamy starówkę i objeżdżamy miasto.

Dalsza trasa mimo braku przewyższeń jest dla nas sprawdzianem kondycji fizyczno-psychicznej . Czołowy silny wiatr w zestawie z przelotnymi ulewami sprawia ,że odczuwamy wewnętrzny kryzys…

Mimo fatalnej pogody zajeżdżamy jeszcze do miasteczka Tribunj a nocleg organizujemy sobie w Vodicach w kwaterze o bardzo wysokim standardzie i wyjątkowo niskiej cenie… W przeliczeniu wyszło około 30 zł za osobę…


Dzień 17. (13.06.2012)
Chorwacja.(Vodice- Krka- Vodice)
Dystans 54 km

Asem siedemnastego dnia naszej wyprawy jest zwiedzanie Narodowego Parku Krajobrazowego KRKA . Od Vodic , które stało się naszą trzydniową przystanią,to tylko 25 km. 
Wymarzona pogoda idealnie podkreślała piękno wodospadów i niezniszczonej jeszcze przez człowieka natury…
Przy największym w parku wodospadzie istnieje możliwość kąpieli z której oczywiście korzystamy…

Dzień 18. (14.06.2012)
Chorwacja (Vodice)
Dystans 0 km 


Wyżej podana ilość kilometrów , a raczej ich brak dotyczy tylko mnie i Dominika…
My postanowiliśmy spędzić chociaż jedną dobę nie patrząc na rowery i niemalże cały dzień spędziliśmy na plaży…
Darek z Szymkiem poczuli parcie na kilometry i pojechali zwiedzać pobliski Sibenik … 
Po południu w pełnym składzie poszliśmy na emocjonujący mecz, po którym koniecznie
trzeba było zrelaksować się winem kupionym w plastikowej butelce prosto od producenta…
Późnym wieczorem słysząc z balkonu dzwięki tętniącego życiem miasta postanowiliśmy 
z Dominikiem zaszczycić Chorwatów naszą obecnością…
Przy porcie znaleźliśmy pub, w którym koncert miała grupa Angels. Zostaliśmy do rana ;)

Dzień 19. (15.06.2012)
Chorwacja (Vodice- Marina- Trogir- Marina )
Dystans 95 km


Dziewiętnasty dzień naszej wyprawy był pierwszym ,kiedy mieliśmy z wiatrem.
Do miasta Marina, w którym wcześniej zarezerwowaliśmy sobie pokoje u pani Stasi (Polki z 
 pochodzenia) zajechaliśmy w porze obiadowej, co sprytnie wykorzystał Darek,zapraszając 
nas na urodzinową sałatkę z ośmiornic.
Przed ostatnim noclegiem w Chorwacji zwiedziliśmy jeszcze miasto Trogir  .
Po powrocie do Mariny pani Stasia ze względu na swoją gościnność stała się „Ciocią Stasią”  a trzy butelki wina,które nam ofiarowała tylko to potwierdziły..

Dzień 20. (16.06.2012)
Chorwacja (Marina – Split)
Dystans około 50 km.

Stolica Dalmacji była już w zasięgu wzroku. Split,to finał naszej wyprawy ,gdzie późnym popołudniem czekał na nas autokar powrotny do Polski.
Zanim jednak do niego wsiedliśmy,mieliśmy jeszcze kilka godzin na pobyt w Splicie.
W czterdziesto stopniowym upale pojeździliśmy jeszcze po mieście robiąc przecinki zimnym grapefruitowym Ożujsko...
Przed godziną osiemnastą byliśmy już w autokarze kończąc tym samym naszą wyprawę.

 Osiągnięcie zamierzonego celu nie oznaczało jednak urwania się znajomości, dlatego nas końcu tej relacji stawiam nie kropkę, a wielokropek, który oznajmia, że ciąg dalszy jeszcze nastąpi…
Strony www dla firm - szybko i za darmo!